.
Tak już ze mną bywa, że kiedy ktoś bardzo mi jakąś książkę poleca, kupuję ją i odkładam na pewien czas półkę. Wolę przystąpić do lektury kiedy opadnie kurz recenzenckich bitew, znajomi nieco ochłoną po lekturze a wrażenia, którymi dzielili się ze mną zatrą się w pamięci. „Chochoły” Wita Szostaka były jedną z takich „książek-półkowników”. I muszę przyznać, że półkowały zbyt długo, sięgnąłem po tę książkę dopiero we wrześniu a więc rok od chwili jej wydania. Dlaczego, trudno powiedzieć. Wszak po inne książki krakowskiego pisarza sięgałem kiedy tylko ukazywały się na rynku.
Dalej nie obejdzie się bez spoilerów. Jeśli ktoś z czytających ten wpis jeszcze „Chochołów” nie czytał
niech zakończy lekturę w tym miejscu i uda się do księgarni po

"Chochoły"
.
Mój pozytywny odbiór powieści Szostaka wynika po części z przyczyn osobistych. Poplątane relacje bezimiennego narratora powieści z najbliższymi jako żywo przypominały mi moje własne perypetie rodzinne. Zbieżność była chwilami uderzająca. Na dodatek mieszkająca w Milanówku część naszej rodziny przez kilkanaście lat odzyskiwała stary dom, eksmitując stopniowo pijaczków i wykupując mieszkania po zmarłych staruszkach. Efekt finalny nie ustępuje pod pewnymi względami dziwacznemu życiu rodu Chochołów ale to już inna historia…
O czym więc są „Chochoły”, oscylująca gatunkowo między prozą obyczajową, realizmem magicznym a urban fantasy opowieść o mieszkańcach wielopokoleniowej, odzyskiwanej przez lata kamienicy w Krakowie? Na pewno nie jest to żaden „Polaków portret własny”, co zdawali się sugerować recenzenci Gazu i Rzepy. To, moim zdaniem, zupełnie fałszywy trop i nic dziwnego, że recenzenci piszący pod przyjętą z góry tezę zupełnie się w tej książce pogubili.
„Chochoły” są przede wszystkim opowieścią o rozpadzie form, to w ogóle temat, który wydaje się Szostaka od jakiegoś już czasu nurtować. Przy czym nie znajdziemy u niego gloryfikacji starych form i układów, brak tu sentymentalizmu ale i entuzjazmu wobec tego co nowe. Szostak nie szuka przyczyn, nie postuluje recept, interesuje go proces rozpadu i to, jak zachowują się ludzie, którym w czasach rozpadu przyszło żyć. Jeśli nawet bierze się za dekonstrukcję (np. w znakomitym opisie wigilijnej wieczerzy rodziny Chochołów) to nie jest to agresywna, pełna złości dekonstrukcja spod znaku „Całego smutku Belgii” Hugo Clausa lecz raczej „fenomenologiczne” spojrzenie z zewnątrz na nasz największy polski rytuał coroczny.
Świat „Chochołów” bywa chwilami bezkształtny a chwilami wielokształtny, nigdy nie zastyga w ustalonych formach, rzeczywistość jest płynna a rzadkie fragmenty twardego gruntu okazują się ławicami ruchomych piasków. Zmienna jest w powieści forma Krakowa: narrator, niczym gnostycki ułomny demiurg przemienia ją w zależności od nastroju i życiowych zakrętów. Przemierzamy z nim kanały Krakowa-Wenecji, mroźne place Krakowa-Petersburga, włóczymy się po wypełnionym zapachem przypraw Krakowie-Kairze z podwawelskim Miastem Umarłych, wreszcie znajdujemy się w centrum wydarzeń w groteskowym, pogrążającym się w wojnie domowej Krakowie-Zakopanem. Podobnemu rozpadowi ulegają kulinarne rytuały rodu. Wykwintne posiłki, gargantuiczna uczta (bo trudno ją nazwać wieczerzą) wigilijna, kulinarne symfonie stryja Piotra pod koniec książki ustępują miejsca gotowanemu pęczakowi i pizzy zapijanej bimbrem i „zakąszanej” niezliczoną ilością tanich fajek. Swój kształt traci wreszcie Dom, wymarzony projekt rodziny Chochołów, przemieniając się w skupisko odgrodzonych od siebie mieszkań-wysp zamieszkanych przez obcych sobie ludzi.
Stare zwyczaje i rytuały odchodzą w przeszłość wraz z zagubionym w sali kolumnowej Domu „chórem starców” (chórem, co ważne, zazwyczaj milczącym). Być może na ich miejsce przyjdą nowe porządki i układy, ale póki co mieszkańcy Domu, zanurzeni są w bezkształtnej rzeczywistości poszukującej na oślep nowych form, które nadadzą jej sens.
Czasem utrata kształtu, materialności, może być znakiem przejścia do innego, lepszego świata. Tak stało się z bohaterami poprzedniej powieści Szostaka, Józefem i Marią, którzy pewnego dnia rozpłynęli się w powietrzu zabierając ze sobą wszystkie prastare oberki. Jednak dla bohaterów „Chochołów” rozpad starych, nieznośnych przecież, form nie niesie nic dobrego. I tu giną oberki, odchodzą w przeszłość rytuały wspólnotowe, rozpadają się miasta, domy, osobowości. Szostak zawarł w swojej powieści trafną diagnozę współczesności jako czasu przejściowego, który jeszcze nie odkrył siebie, nie zdefiniował swojego sensu. A przecież nie wiemy czy i kiedy nowe formy nadejdą. Być może już są ale ich nie widzimy, przykuci do bieżącej chwili, niezdolni do spojrzenia na siebie z zewnątrz. Skoro utraciliśmy stały ląd, pozostaje nam „żyć na wyspach” jak mówi narrator w zamykającym książkę zdaniu.
Oczywiście dobry pisarz nie pisze powieści po to, żeby „zawrzeć diagnozę”. Jego celem jest opowiedzenie historii. I tu można mieć do Szostaka trochę pretensji. Końcowe partie powieści (fragmenty części “Agon”) przypominają miejscami traktat filozoficzny, tak jakby Szostak-filozof wziął górę nad Szostakiem-pisarzem. Podobne zastrzeżenia można mieć do „Daimona”, przedostatniej części książki, w której warstwa symboliczna całkowicie zdominowała narrację.
Ale te skazy kompozycyjne tylko dodają uroku tej niezwykłej powieści. Bez niej „Chochoły” byłyby zbyt doskonałe.
Wiele jeszcze można by o „Chochołach” napisać: o wątku „oberkowym” i koptyjskim, o przebijającej się w scenerii karnawału krakowskiego tischnerowskiej koncepcji maski, o archetypie Śpiącego, o bardzo ważnych bohaterach drugiego planu: ślepym wuju Tomaszu i innym wuju, malarzu i alkoholiku Łukaszu. I o wielu innych sprawach.
Czytając w zeszłym roku „Wieczny Grunwald” Szczepana Twardocha, najpierw jako beta-reader a potem, powtórnie, jako czytelnik poprawionego, oficjalnego wydania, byłem przekonany, że ta znakomita powieść nie będzie miała żadnych konkurentów. Po przeczytaniu „Chochołów” stwierdzam, że byłem w błędzie. Palmę pierwszeństwa za polską powieść roku 2010 przyznaję Ślązakowi i Krakusowi
.