Sowiecka Pascha

Dzień Zwycięstwa – Dzień Oszustwa.

Oglądałem trochę rosyjskiej telewizji i po raz kolejny zdumiałem się, jak mocno rozwinięta jest tam, na płaszczyźnie oficjalno-medialnej, idolatria Pobiedy. Trafnie nazwał kiedyś ten dzień Wadim Sztiepa „sowiecką Paschą”. 9 maja jest bowiem jedyną ogólnonarodową uroczystością współczesnej Rosji, świętem które zaćmiewa całkowicie wszystkie pozostałe święta państwowe (w tym „rocznicę wygnania Polaków z Kremla”) i religijne. Stosunek do „dnia Pobiedy” jest papierkiem lakmusowym sowieckości w nominalnie postsowieckiej epoce. Postsowieci mogą wierzyć w różne rzeczy: różnić się w ocenie podboju mongolskiego, reform Nikona i Piotra Wielkiego, Rasputina i Putina, być ateistami, monarchistami, kimkolwiek, jednak ich wiara w „pobiedę” zdaje się nie podlegać dyskusji.

 

Zabierzmy to dziwne święto i pozbawimy rosyjsko – postsowieckie polis jedynego ideologicznego spoiwa. Zwycięstwo w Wielkiej Ojczyźnianej to ostatni mit założycielski Rosji w jej obecnych, zbyt wielkich granicach, mit legitymizujący i konsolidujący politycznie ten rozłażący się w szwach twór. Mit obejmujący amnestią wszystkie potworności rosyjskiej dwudziestowiecznej historii i uniemożliwiający rzeczową dyskusję na ich temat.

Oczywiście Dzień Zwycięstwa nie jest wolny od wpływów czasu. Monumentalna fasada państwowej i medialnej celebracji to jedno, codzienne życie – coś zupełnie innego. Nowa rosyjska klasa średnia niespecjalnie się „Pobiedą” interesuje a media bardziej niezależne pełne są faktów podważających oficjalną wersję „historii świętej”. Również tego co dotyczy maluczkich, „ludu wybranego” sowieckiej Paschy czyli weteranów wojny. Ludzi z rocznika 1924, z których wojnę przeżyło może 10 procent. Weteranów-bandytów i weteranów-psychopatów, których ludzie bali się jeszcze dziesiątki lat po wojnie. Weteranów, którym Stalin zabrał w 1947 roku wszystkie dodatki pieniężne. Weteranów zwanych z racji utraconych na wojnie kończyn „samowarami”, przetrzymywanych w specjalnych ośrodkach „opieki” na Wałaamie.

Anthony de Mello mówił o różnicy między szczerością, która często sprowadza się do wiary we własną ideologię a uczciwością, która jest otwartością na prawdę, na fakty. I choć de Mello nie jest człowiekiem z mojej bajki, życzę Rosjanom aby porzucili szczerość dla uczciwości i przez chwilę zmierzyli się ze swoją prawdziwą przeszłością.

A może lepiej im tego nie życzyć? W miejsce sowieckiej Paschy może wtedy nadejść pustka absolutna a wtedy kto wie jaki wicher zadmucha na rosyjskich bezkresach.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Happy birthday, Vlad

W ramach kolejnej rocznicy w rosyjskich mediach wyjątkowo dużo audycji o Leninie. Ktoś zauważył, że najwięcej od czasu rozpadu Sojuza. Signum temporis? Lenin, Wielki Nierozkładający Się jako znak, że konflikty polityczne sprzed stu lat wracają na nasz umęczony padół?

Tymczasem we Francji pani z „populistycznej prawicy” i pan z „radykalnej lewicy” (ich programy polityczne aż tak bardzo się nie różnią) zdobyli łącznie więcej głosów niż każdy z kandydatów mainstreamu. Przed wojną obydwoje znaleźliby miejsce w jednym ruchu politycznym, który potrafił takie bieguny łączyć. Dziś egzystują na coraz szerszych i coraz szybciej zbliżających się ku kurczącemu się centrum peryferiach politycznych.

Francja już nieraz bywała barometrem zmian w polityce europejskiej. Jak będzie teraz?

 

 

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Małpka

Widuję go prawie codziennie. Pojawia się na mojej trasie metra Służew – Stokłosy. Ma coś nie w porządku ze wzrokiem, choć nie wygląda na niewidomego, nie nosi ciemnych okularów. Kiedy gra patrzy przed siebie pustym spojrzeniem ślepca i uśmiecha się. Gra bez trudności, nie fałszuje, pięknie frazuje. Wirtuoz. Repertuar też ma niezły. Głównie dziewiętnastowieczna klasyka europejska, czasem coś wcześniejszego (raz grał nawet Bacha), czasem coś bliższego naszym czasom. Na przykład „Taniec z szablami”.

 

Chaczaturian nie cierpiał tego utworu, który uczynił go „autorem jednego kawałka”.

 

Problem tkwi w instrumencie. Ten muzyk to akordeonista. Znakomity akordeonista. Z pewnością uczył się wiele lat, doskonalił warsztat. Na pewno nie zaniedbuje ćwiczeń, słychać, że jest w formie. A teraz gra evergreeny muzyki klasycznej. Gra w warszawskim metrze, dla przechodniów, którzy czasem rzucą mu trochę monet do plastykowego kubeczka.

 

Żal mi tego człowieka. Irytuje mnie, co i jak gra na akordeonie.

 

Akordeon to instrument ludyczny do bólu. Cyja, pochodzące ze Śląska soczyste, siermiężne słowo, doskonale oddaje jego ludyczny charakter. Mniejsza o to czy akordeon jest taki z powodu barwy dźwięku (to moja prywatna hipoteza) czy dlatego, że nie jest specjalnie trudny w transporcie czy z jakichś innych przyczyn. W połowie XIX wieku rozpoczął swój triumfalny marsz przez Stary i Nowy Świat, stając się stopniowo ulubionym instrumentem wiodącym wiejskich i miejskich kapel. Jego strój równomiernie temperowany dokonał muzycznego spustoszenia na zapadłych europejskich prowincjach, gdzie trwały archaiczne skale. Polecam „Oberki do końca świata” Wita Szostaka, rozdział o nadejściu harmonistów.

 

Mimo tego spustoszenia uwielbiam dźwięk akordeonu. Jednak nawet banalni Offenbach i Strauss grani na cyi brzmią komicznie. A już granie na akordeonie Liszta to złamanie decorum i osobliwość podobna do wyczynów małpki cyrkowej, kręcącej kółka na rowerze i uchylającej przed publicznością melonika. Ten instrument po prostu nie pasuje do takiej muzyki. Szczególnie w wykonaniu wirtuoza.

 

Tyle lat nauki na próżno. Szkoda mi cyjonisty z metra.

 

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Veni veni Emmanuel

Po raz kolejny kosmiczne koło zatoczyło krąg. Świat przystanął w punkcie przesilenia aby nabrać oddechu.

Karl Kerényi twierdził, że w czasie zimowego przesilenia należy pisać tylko dla dusz pokrewnych. Ten blog nie ma wielu czytelników dzięki czemu większość z nich znam osobiście albo przynajmniej z korespondencji (choć nie jestem pewien czy e-maile zasługują na tę nazwę) i wiem, że prawie wszyscy to ludzie, z którymi łączy mnie jakiś stopień duchowego pokrewieństwa. Będzie więc wpis raczej prywatny ale myślę, że nikt z Czytelników nie będzie miał o to pretensji.

Cykliczne zapadanie się świata w chłód i ciemność a potem stopniowy powrót światła z każdym rokiem działają na mnie coraz mocniej. Od pewnego czasu przestałem akceptować tezę, że chrześcijaństwo = czas liniowy a pogaństwo = czas cykliczny. To taki sam stereotyp jak „typologia cywilizacji” Konecznego czy „gnostyckie źródła współczesności” wczesnego Voegelina – bezrefleksyjnie powtarzany i międlony w nieskończoność szablon myślowy, utrudniający, zamiast ułatwiać, rozumienie świata.

Nota bene bez powyższej tezy cały “neomesjanizm” Rafała Tichego i pozostałych redaktorów zaprzyjaźnionych „Czwórek” chyba się wali. Lub inaczej – nie da się być neomesjanistą bez przekonania o liniowości czasu. Mnie zaś teza o liniowości nie przekonuje z tego względu, że koniec świata, dzień ostatni, Apokalipsa, nie jest (nie będzie?, jak w ogóle o tym pisać, może w czasie przeszłym, jak w liturgii bizantyjskiej?) wydarzeniem osadzonym w czasie. Będzie to eschaton w stanie czystym, eschaton wysokooktanowy, który nadejdzie w nocy jak złodziej, w związku z czym wciskanie go w naszą liniową rachubę czasu pod postacią “końca” wydaje mi się mało sensowne. Dzieje świata są niewątpliwie cykliczne, wszystko już było i wszystko już będzie, a to że spirala wiecznych odnowień i powrotów zostanie w momencie, którego nie sposób umiejscowić w czasie, przecięta Powtórnym Przyjściem, to zupełnie inna sprawa.

W tych dniach każdego roku robię „remanent” znajomości, podsumowując z kim znowu nie zdołałem się spotkać i porozmawiać. Myślę o znajomych i przyjaciołach, którzy przeżywają swoje życiowe przesilenia i apokalipsy. O przyjacielu, który obsunął się w alkoholizm a ja nie potrafiłem albo nie chciałem mu pomóc. O innym, z którym nie potrafiłem rozmawiać kiedy jego żona umierała na raka. O wszystkich, z którymi miałem „się zdzwonić” i nigdy nie sięgnąłem po telefon. I o przyjaźniach dawnych, już nieistniejących, często z mojej winy.

Oczywiście nie można przyjaźnić się ze wszystkimi, przyjaźnie, jak wszystko w życiu, przychodzą i odchodzą. Mam jednak wrażenie, że z każdą lekkomyślnie porzuconą przyjaźnią straciłem coś ważnego. Podobno w innych ludziach najłatwiej zobaczyć siebie, jak w lustrze. Najbardziej drażnią nas w innych nasze własne wady; lubimy innych za to co wydaje się w nich cząstką naszego ja. Kiedyś natłukłem sporo takich luster, pewien, że zawsze znajdą się nowe. Dziś dałbym wiele, żeby z porozbijanych kawałków poskładać na nowo wielkie zwierciadło, w którym mógłbym zobaczyć siebie i moich przyjaciół z mitycznych czasów kiedy byliśmy piękni i młodzi a pszczoły były jak wróble.

Niech mi Czytelnicy i Goście darują ten nostalgiczny ton. Od jutra trochę więcej światła, czas i życie ruszają do przodu.

Życzę Wam wszystkim pogodnych i błogosławionych Świąt.

Veni veni Emmanuel!

 

 

 

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

Córki

Przyglądam się moim córkom, sześcio i dziewięciolatce i widzę, że ich wychowanie dobiegło już końca. Wszystkie wysiłki wychowawcze jakie z żoną jeszcze podejmiemy będą jedynie korektą popełnionych błędów albo usiłowaniem delikatnej zmiany kursu statku, którego ster jest już poza naszym zasięgiem.

Człowiek formuje się w pierwszych latach życia i choć nie mam pojęcia jakie zawody obiorą sobie moje dzieci to wiem (tak mi się przynajmniej wydaje) jakimi będą w przyszłości ludźmi.

Chesterton napisał, że siedmiolatka intryguje stwierdzenie, że Tommy otworzył drzwi i zobaczył smoka zaś trzylatka fascynuje sam fakt, że Tommy otworzył drzwi. To prawda – nasz charakter kształtuje się w okresie dziecinnego magicznego realizmu, w tych krótkich latach kiedy za drzwiami nie czają się jeszcze smoki, rycerze i księżniczki lecz nienazwana Tajemnica.

Dziesięciolecia, które przyjdą później są tylko komentarzem do tych wielkich wydarzeń dzieciństwa.

Warto przyjrzeć się z tej perspektywy trudowi biografów. Biografie przeciętne opowiedzą nam co robił w życiu znany człowiek, dobre biografie powiedzą kim był ale żadna nie wyjaśni dlaczego był jaki był. Dzieciństwo jest prawdziwą terra incognita biografów. To co najważniejsze pozostaje w ukryciu.

.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Chochoły i wyspy

.

Tak już ze mną bywa, że kiedy ktoś bardzo mi jakąś książkę poleca, kupuję ją i odkładam na pewien czas półkę. Wolę przystąpić do lektury kiedy opadnie kurz recenzenckich bitew, znajomi nieco ochłoną po lekturze a wrażenia, którymi dzielili się ze mną zatrą się w pamięci. „Chochoły” Wita Szostaka były jedną z  takich „książek-półkowników”. I muszę przyznać, że półkowały zbyt długo, sięgnąłem po tę książkę dopiero we wrześniu a więc rok od chwili jej wydania. Dlaczego, trudno powiedzieć. Wszak po inne książki krakowskiego pisarza sięgałem kiedy tylko ukazywały się na rynku.

Dalej nie obejdzie się bez spoilerów. Jeśli ktoś z czytających ten wpis jeszcze „Chochołów” nie czytał

niech zakończy lekturę w tym miejscu i uda się do księgarni po

"Chochoły"

.

Mój pozytywny odbiór powieści Szostaka wynika po części z przyczyn osobistych. Poplątane relacje bezimiennego narratora powieści z najbliższymi jako żywo przypominały mi moje własne perypetie rodzinne. Zbieżność była chwilami uderzająca. Na dodatek mieszkająca w Milanówku część naszej rodziny przez kilkanaście lat odzyskiwała stary dom, eksmitując stopniowo pijaczków i wykupując mieszkania po zmarłych staruszkach. Efekt finalny nie ustępuje pod pewnymi względami dziwacznemu życiu rodu Chochołów ale to już inna historia…

O czym więc są „Chochoły”, oscylująca gatunkowo między prozą obyczajową, realizmem magicznym a urban fantasy opowieść o mieszkańcach wielopokoleniowej, odzyskiwanej przez lata kamienicy w Krakowie? Na pewno nie jest to żaden „Polaków portret własny”, co zdawali się sugerować recenzenci Gazu i Rzepy. To, moim zdaniem, zupełnie fałszywy trop i nic dziwnego, że recenzenci piszący pod przyjętą z góry tezę zupełnie się w tej książce pogubili.

„Chochoły” są przede wszystkim opowieścią o rozpadzie form, to w ogóle temat, który wydaje się Szostaka od jakiegoś już czasu nurtować. Przy czym nie znajdziemy u niego gloryfikacji starych form i układów, brak tu sentymentalizmu ale i entuzjazmu wobec tego co nowe. Szostak nie szuka przyczyn, nie postuluje recept, interesuje go proces rozpadu i to, jak zachowują się ludzie, którym w czasach rozpadu przyszło żyć. Jeśli nawet bierze się za dekonstrukcję (np. w znakomitym opisie wigilijnej wieczerzy rodziny Chochołów) to nie jest to agresywna, pełna złości dekonstrukcja spod znaku „Całego smutku Belgii” Hugo Clausa lecz raczej „fenomenologiczne” spojrzenie z zewnątrz na nasz największy polski rytuał coroczny.

Świat „Chochołów” bywa chwilami bezkształtny a chwilami wielokształtny, nigdy nie zastyga w ustalonych formach, rzeczywistość jest płynna a rzadkie fragmenty twardego gruntu okazują się ławicami ruchomych piasków. Zmienna jest w powieści forma Krakowa: narrator, niczym gnostycki ułomny demiurg przemienia ją w zależności od nastroju i życiowych zakrętów. Przemierzamy z nim kanały Krakowa-Wenecji, mroźne place Krakowa-Petersburga, włóczymy się po wypełnionym zapachem przypraw Krakowie-Kairze z podwawelskim Miastem Umarłych, wreszcie znajdujemy się w centrum wydarzeń w groteskowym, pogrążającym się w wojnie domowej Krakowie-Zakopanem. Podobnemu rozpadowi ulegają kulinarne rytuały rodu. Wykwintne posiłki, gargantuiczna uczta (bo trudno ją nazwać wieczerzą) wigilijna, kulinarne symfonie stryja Piotra pod koniec książki ustępują miejsca gotowanemu pęczakowi i pizzy zapijanej bimbrem i „zakąszanej” niezliczoną ilością tanich fajek. Swój kształt traci wreszcie Dom, wymarzony projekt rodziny Chochołów, przemieniając się w skupisko odgrodzonych od siebie mieszkań-wysp zamieszkanych przez obcych sobie ludzi.

Stare zwyczaje i rytuały odchodzą w przeszłość wraz z zagubionym w sali kolumnowej Domu „chórem starców” (chórem, co ważne, zazwyczaj milczącym). Być może na ich miejsce przyjdą nowe porządki i układy, ale póki co mieszkańcy Domu, zanurzeni są w bezkształtnej rzeczywistości poszukującej na oślep nowych form, które nadadzą jej sens.

Czasem utrata kształtu, materialności, może być znakiem przejścia do innego, lepszego świata. Tak stało się z bohaterami poprzedniej powieści Szostaka, Józefem i Marią, którzy pewnego dnia rozpłynęli się w powietrzu zabierając ze sobą wszystkie prastare oberki. Jednak dla bohaterów „Chochołów” rozpad starych, nieznośnych przecież, form nie niesie nic dobrego. I tu giną oberki, odchodzą w przeszłość rytuały wspólnotowe, rozpadają się miasta, domy, osobowości. Szostak zawarł w swojej powieści trafną diagnozę współczesności jako czasu przejściowego, który jeszcze nie odkrył siebie, nie zdefiniował swojego sensu. A przecież nie wiemy czy i kiedy nowe formy nadejdą. Być może już są ale ich nie widzimy, przykuci do bieżącej chwili, niezdolni do spojrzenia na siebie z zewnątrz. Skoro utraciliśmy stały ląd, pozostaje nam „żyć na wyspach” jak mówi narrator w zamykającym książkę zdaniu.

Oczywiście dobry pisarz nie pisze powieści po to, żeby „zawrzeć diagnozę”. Jego celem jest opowiedzenie historii. I tu można mieć do Szostaka trochę pretensji. Końcowe partie powieści (fragmenty części “Agon”) przypominają miejscami traktat filozoficzny, tak jakby Szostak-filozof wziął górę nad Szostakiem-pisarzem. Podobne zastrzeżenia można mieć do „Daimona”, przedostatniej części książki, w której warstwa symboliczna całkowicie zdominowała narrację.

Ale te skazy kompozycyjne tylko dodają uroku tej niezwykłej powieści. Bez niej „Chochoły” byłyby zbyt doskonałe.

Wiele jeszcze można by o „Chochołach” napisać: o wątku „oberkowym” i koptyjskim, o  przebijającej się w scenerii karnawału krakowskiego tischnerowskiej koncepcji maski, o archetypie Śpiącego, o bardzo ważnych bohaterach drugiego planu: ślepym wuju Tomaszu i innym wuju, malarzu i alkoholiku  Łukaszu. I o wielu innych sprawach.

Czytając w zeszłym roku „Wieczny Grunwald” Szczepana Twardocha, najpierw jako beta-reader a potem, powtórnie, jako czytelnik poprawionego, oficjalnego wydania, byłem przekonany, że ta znakomita powieść nie będzie miała żadnych konkurentów. Po przeczytaniu „Chochołów” stwierdzam, że byłem w błędzie. Palmę pierwszeństwa za polską powieść roku 2010 przyznaję Ślązakowi i Krakusowi ;-)

.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Słusznie prawi

Żakowski pisze więc o bezradności ekonomistów głównego nurtu (centrum), Kasprowicz ujawnia (oczywistą od dawna) ideologiczną fiksację – skutkującą ślepotą – prawicy, konferencja w Leeds (choć tam akurat ekonomistów nie było) pokazuje impotencję (skrajnej) lewicy…

Najnowszy wpis Krzysztofa Nawratka. Czytajcie i rozmyślajcie. Zachęcam do komentowania na blogu autora.

Opublikowano Uncategorized